A weź jej przylej!

Bunt kwitnie. Każdy dzień ma ten sam schemat: miła atmosfera, dobra zabawa poprzecinana jest w dwóch lub trzech momentach potwornymi, nieoczekiwanymi atakami buntu. Nie takimi, że coś jest na 'nie'. Takimi, że WSZYSTKO jest na 'nie', choćby miało się to wykluczać. NIE wstanie, ale i NIE usiądzie, NIE pozwoli się ubrać, ale i NIE chce chodzić bez ubrań, NIE chce zostać sama, ale i NIE da się wziąć na ręce. Chcesz dotknąć - NIE. Przytulić - NIE. Porozmawiać - NIE. Poczekać, uspokoić się NIE. Chcesz być łagodna - NIE. I NIE wiadomo o co chodzi. Ani mi ani jej.


W tym czasie nic innego nie wchodzi w grę. Godzina wyjęta z życiorysu. Zająć drugim dzieckiem - nie da rady. Posprzątać - wykluczone. Pobawić się z nią - a w życiu! Otacza nas wrzask, płacz i zaprzeczanie. Co zrobić, kiedy nic nie da się zrobić? Jak pomóc dziecku, które sinieje od własnej wobec siebie przemocy? Budzi się bezradność, strach i frustracja, które ewoluują w nieme błaganie o litość, panikę i wewnętrzną furię. Nic nie pomaga, jest jeden huragan i rozpacz ...

W głowie rozpoczyna się wojna myśli: wspomnień z dzieciństwa i zdrowego rozsądku.

Te pierwsze ujadają: daj klapsa, uderz, wlej jej! Niech ma, niech wie, niech się zamknie, zasłużyła! Powiedz, że jeśli się nie uciszy to ją stłuczesz, że ma się uspokoić w tej sekundzie! Przyłóż jej, no już! Co ci będzie nerwy psuła, niech sobie nie pozwala za dużo! Daj klapsa, ulżyj sobie! Daj klapsa, daj klapsa!!!

Te drugie wymierzają moralny policzek: to będzie twoja porażka. Kochasz to dziecko. Kochasz, więc nie bijesz. Jeśli raz uderzysz, to następnym razem będzie ci jeszcze trudniej się powstrzymywać. Biciem nauczysz ją bić. Odsuniesz od siebie. Dasz poczucie strachu i samotności. Staniesz się tym, kim obiecywałaś sobie przez lata, że nigdy nie będziesz. Już nigdy się przed tym nie obronisz.

Uciekam. Zamykam drzwi. Chowam się. Topię we własnych widmach dzieciństwa poplątanych z miłością. Wylewam na siebie pomyje frustracji i emocji, rozjuszanych echami przeszłości. Spływają po mnie potworne myśli, spiętrzone pragnienia wymierzenia sprawiedliwości, skumulowane krzyki i wyzwiska, które ... bolą. Bolą jak rozdzierane rany sprzed lat. Ale w końcu spłukuję je z siebie. Spływają i rozbryzgują się gdzieś na tyłach świadomości. Powoli wraca spokój i pewność, że już nie muszę ich słuchać. Dochodzi do mnie, że ona nadal płacze, ale teraz już tylko czuję, że ją kocham i wiem, że nie chcę jej skrzywdzić. Mam siłę i cierpliwość, żeby wyjść i w ogóle nie chcieć jej uderzyć. Chcę jej pomóc pomimo wszelkich przeciwności.

Wchodzę gotowa na kolejny atak świdrującego, wielokrotnego 'NIE!' Wrzeszczy. Jest purpurowa. Przykucam. Mówię 'jestem przy tobie. kocham cię. już dobrze. kocham cię najbardziej na świecie, córeczko'. Przytulam. Wyrywa się. 'jestem, pomogę ci, uspokoimy się razem. kocham cię'. Wrzeszczy NIE! Rzuca się. 'kocham cię, maleńka'. Śpiewam. Uśmiecham się. Biorę na ręce. Jest coraz ciszej. Uspokaja się i tylko chlipie. Obie mamy mokre oczy. Śpiewam, a ona się przytula. Ściska mnie mocno maleńkimi rączętami. Jakby chciała powiedzieć 'mamo, tego potrzebowałam. tylko nie wiedziałam, że potrzebuję. dobrze, że jesteś, bo ja się pogubiłam i już sama nie rozumiałam siebie. potrzebowałam cię'. I gdyby wiedziała co działo się przed momentem w mojej głowie to pewnie chciałaby w tym mocnym uścisku powiedzieć też 'dziękuję, że mnie nie uderzyłaś. dziękuję za miłość, która cię powstrzymała'.

I tak tuli, trzyma, nie chce puścić. Ja też nie chcę.

Wiem, że ten bunt się skończy. Nauczy się radzić sobie ze swoimi uczuciami i one ucichną. Moje - już nigdy.



Ten tekst został wyróżniony 4 miejscem w cotygodniowym rankingu wpisów blogowych #BlogowyCzwartek na portalu Mądrzy Rodzice [<- kliknij i zobacz całe zestawienie]

10 komentarzy:

  1. Nie raz nie dwa przechodziłam przez coś podobnego...i muszę stwierdzić, że metoda wyjścia wyciszenia się i po powrocie przytulenia jest najlepszą z możliwych rozwiązań. Ciężko bywało ale nigdy przenigdy nie uderzyłam i nie uderzę własnego dziecka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, trzeba powalczyć z samą sobą, żeby nie walczyć z dzieckiem.

      Usuń
  2. Jakbym czytała o sobie i o moich dzieciach. Łzy mi kapią z oczu, bo dziecko całą ufność pokłada w rodzicach, małe, pogubione dziecko, które za nic nie zasługuje na naszą agresję i przemoc. Dzieci są po to by je kochać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, dzieci rodzi się po to, żeby je kochać, nie żeby bić. Podobny tytuł będzie miał jeden z kolejnych postów w tej tematyce.

      Usuń
  3. Jak to pięknie napisałaś! ♡

    OdpowiedzUsuń
  4. świtetny tekst :) bardzo mądry i dający dużo do przemyslenia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz co... bardzo Ci dziękuję za ten tekst. Jest potwierdzeniem, że można inaczej (staram się, choć nie jestem idealna. Czasem krzyknę - z podobnej bezradności jak bezradność dziecka). Znam osoby, które dają klapsy. Nie czuję się upoważniona do krytyki, mogę tylko wyrazić, co czuję i jak ja to widzę. Ale wiem, że bardzo bym nie chciała dać klapsa kiedykolwiek. Póki co mi się udaje, ale sama wiem, ile cierpliwości to wymaga. Mimo wszystko warto :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, pomimo walki z samym sobą. Powiem Ci, że teraz, po kilku miesiącach widzę, że wygrałam tę walkę. Już nie kołaczą mi się po głowie te wszystkie myśli, ręka nie podnosi się, żeby uderzyć. Sporo nerwów mnie to kosztowało, ale czuję się wolna.
      Masz rację w tym, że krytyka niczego dobrego nie wnosi, choć czasami chciałoby się nie tylko skrytykować, ale wręcz trzasnąć tego, kto bije dziecko. I tu też trzeba wykrzesać cierpliwość i mądrość.

      Powodzenia! :)

      Usuń

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.