Strony

Jedna sekunda później



Nigdy bym się nie spodziewała, że stanę się sławna. Fakt, byłam popularna w szkole, byłam jedną z "tych lepszych", z którymi warto było trzymać i jarałam się tym splendorem. Nie zabiegałam specjalnie o to by być rozpoznawalną w mediach, żeby o mnie pisano i śledzono każdy mój ruch, ale w końcu stało się. Moje życie zmieniło się diametralnie, każdy się mną interesuje, zaczepia, pyta. Nie brakuje też hejtu i namolności - nieodłącznych elementów popularności. Są tacy, którzy mnie bezlitośnie oceniają i nienawidzą, ale i tacy, którzy mnie w tym żałują i stają po mojej stronie. Gazety piszą w nagłówkach "młoda, piękna", opisują moją nienaganną przeszłość i antycypują o mojej przyszłości. Stałam się także twarzą kampanii dotyczącej bezpieczeństwa na drogach i ważnym symbolem dla nastoletnich kierowców. Właściwie to dla wszystkich kierowców, nie tylko młodych. Szkoda tylko, że moja twarz w tej kampanii jest cała we krwi. Szkoda, że to przez wypadek, jaki spowodowałam. Szkoda, że przez czyjąś śmierć.

Szacunek do dziecka to taka prosta sprawa



W czasach mojego dzieciństwa zwykło się mawiać: "dzieci i ryby głosu nie mają". Mały człowiek miał się bezwzględnie podporządkować i dopasować. Nie było że "nie ma dzieci - są ludzie, ale o innej skali pojęć". Nie było że "dzieci nie są głupsze, tylko mają mniej doświadczenia". Nie było, choć autor tych słów, Janusz Korczak żył i działał kilka dekad wcześniej. Nie było szacunku. Istniała Konwencja Praw Dziecka, ale widać była mało ceniona wśród rodziców i nauczycieli.

Co mówią rodzice i jak słyszą to dzieci - czyli o rodzicielskim feedbacku



Mówisz, prosisz, namawiasz, a one i tak robią coś całkowicie odwrotnego. Jak to jest? Posługujecie się Wspólną Mową, znacie się jak nikt od łysego bobasa, a twój - wydawałoby się - jasny, prosty i klarowny przekaz i tak ląduje w Świątyni Opaczności. Zupełnie jakby w eterze między twoimi ustami a jego uszami następowała jakaś nadprzyrodzona filtracja, jakby niewidzialne fale całkowicie zmieniały kształty i sens twoich komunikatów werbalnych. Zwykle takimi niesłychanymi zjawiskami zajmują się znani i lubiani amerykańscy naukowcy, ale dziś odbiorę im nieco chleba i podejmę próbę objaśnienia tego słownego dysonansu. Otóż ... nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, ale możemy stworzyć sobie mini słowniczek rozmówek polsko-dziecięcych. Co prawda nic to nie zmieni w feedbacku, ale przynajmniej będziemy mogli śmiechnąć i wyluzować, kiedy kolejny raz natrafimy na mur w postaci tego fenomenu w mowie ludzkiej. Oto kilka przykładów zdań, które my, rodzice wygłaszamy do dzieci oraz ich niekonwencjonalna interpretacja:

Z biblioteczki M&M vol. 1



Biblioteczka dziewczynek liczy ponad 150 książek. Niektóre z nich okazały się nietrafionymi pomysłami, kilka zostało już odstawionych na półkę wspomnień po intensywnej eksploatacji, ale reszta to nadal pokaźny zbiór. Wieloma z nich się zachwycam, sama uwielbiam je czytać razem z M&M i bardzo chciałabym o każdej z nich napisać choć kilka słów. Nie sposób zmieścić je wszystkie w jednym wpisie dlatego postanowiłam stworzyć cykl tekstów z naszymi najwspanialszymi, najbardziej kochanymi tytułami. Nie wszystkie są "modne" czy niszowe, za to wciągające, mądre, zabawne, piękne. Są po prostu absolutnymi hitami w naszym domu. Dziś zapraszam Was na część 1 :)

Nie rozumiem rodziców, którzy przechwalają się swoimi dziećmi



Dziecko to takie osiągnięcie! Efekt naszych niezmierzonych zasług, mądrość wyssana z mlekiem matki, zdolności zakotwiczone w genach. Duma milion, rodzicielski zen, satysfakcja gwarantowana. Rodzice urobieni po łokcie, a te ich dzieci takie wypacykowane, wyuczone, wymądrzone jedno bardziej od drugiego. Które bardziejsze? Które lepsiejsze? Które bardziej "już umiejące"? Nachwalić się nie można, że one takie idealne i błyszczące. Jak to wychuchane, wypielęgnowane, pozapisywane na zajęcia dodatkowe. Od pierwszego zęba skazane na najlepszość!

A ja tylko tak bardzo nadziwić się nie mogę. Tym gloryfikacjom, tym przechwałkom ostentacyjnym, tym wychowawczym zapieprzem. Że te rodzicielki takie pękające z dumy, wkładające tyle energii w konkurs boskości dziecka. Po co to wszystko?

1 listopada nie umartwiam się. Halloween? Owszem lubię.



Zacznijmy od stereotypów.

Z czym kojarzy nam się 1 listopada? Ze Świętem Zmarłych, z "chodzeniem na groby", z akcją "znicz", z szarą, smętną jesienią, z melancholią i zadumą, z żalem po stracie bliskich, a także z "rewią mody" na cmentarzach.

Z czym natomiast kojarzy się Halloween? Z szydzeniem ze śmierci, z Szatanem, z wywoływaniem duchów, straszeniem, dyniowymi lampionami i upiornymi dekoracjami, z zabawą w trick-or-treat czy też "cukierek albo psikus" i nieodłącznie z Ameryką. Tą złą, nikczemną cywilizacją, która sieje na naszych świętych polskich ziemiach ziarno zła.

Czyż nie? Taka jest nasza zbiorowa wizja obu tych wydarzeń, a tymczasem nie jest ona prawdziwa. Przynajmniej nie do końca.

"Pięć minut - i masz z powrotem swoje życie" - o dumie z aborcji słów kilka


Nie popieram aborcji. Bez względu na to czy mówimy o 22-tygodniowym dziecku czy 10-tygodniowym płodzie, rozrywanie go na strzępy wygląda tak samo: wyrywane są rączki, nóżki, główka [które zaczęły być widoczne już w 4 tygodniu], a na koniec wyjmowana jest miazga z sercem [które zaczęło bić już w 22 dniu po zapłodnieniu]. Dla mnie zawsze jest to człowiek, tylko na różnym etapie rozwoju. Tak samo jak my, urodzeni, jesteśmy na różnych etapach: niemowlę, małe dziecko, nastolatek, dorosły, starzec. Nienarodzeni różnią się od nas tym, iż oni nie mają szansy, aby bronić się przed zabiciem. Dlatego cenię głosy ludzi, chcących chronić tych najsłabszych.

Mimo to kiedy usłyszałam o pomyśle zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej przeraziłam się i poczułam oburzenie.