Strony

Share week 2017, czyli blogi, które polecam



Share week to mega pozytywna i inspirująca inicjatywa, już nie mogłam się jej doczekać! Polega na polecaniu twórców internetowych, których podglądamy i podczytujemy, i którzy wnoszą coś do naszego życia. Dzięki temu można odkryć wyjątkowych, ciekawych ludzi i przy okazji naładować akumulatory do pracy przy własnych projektach. Po pełen opis akcji odsyłam na blog Andrzeja Tucholskiego, bo nikt lepiej nie wyjaśni zamysłu i zasad tego wydarzenia niż sam autor.

Zabierzmy się do dzieła!

Krótki horror o wizycie w toalecie u prababci



- Mamo, kto zmarł? - Mery się nie patyczkuje, tylko wali prosto z mostu bez ostrzeżenia, że rozmowa grozi zejściem na zawał. A pytania znienacka o czyjąś śmierć podczas rutynowego posiedzenia na sedesie w łazience w domu prababci właśnie do takiego finiszu mogą doprowadzić. Ko zmarł? - myślę, kto mógł umrzeć? Z prędkością Pendolino wertuję w głowie fakty z niedalekiej przeszłości i żadne śmiertelne wydarzenie mi do głowy nie przychodzi. Ostatnio odszedł pradziadek, ale to już prawie 1,5 roku temu, w dodatku we Wrocławiu, w którym od prawie roku nie byliśmy. Co ją naszło tak ni stąd ni zowąd? Odpowiadam więc niepewnie, że nikt i dopytuję jeszcze bardziej niepewnie czemu pyta. A ona mi na to: Bo tak czuję. W moim sercu.

Tak naprawdę to mogłoby jej nie być



Każda pora roku ma w sobie jakiś magnes, który sprawia, że nie można się jej doczekać. Zimą kocham narty, łyżwy, zjazdy na byle czym, a w domu rozgrzewająca herbatę z syropem i pomarańczą, książki na długie wieczory. Lubię białe święta, choć takie kojarzą mi się raczej z dzieciństwem, bo obecnie zima hojnością nie powala w kwestii śniegu w Boże Narodzenie. I lubię w zimie jej końcówkę z pierwszymi podrygami wiosny. Ale tak naprawdę to zimy mogłoby nie być.

I want to wake up in a city that doesn't sleep



Od 2 miesięcy mieszkamy na nowych śmieciach. Przez pierwsze dni budziła mnie beztroska myśl, że mam już wszystko. Ziściło się jedno z najważniejszych marzeń - własne M4, urządzone przez nas, dokładnie według naszych zachcianek. Budziłam się w oparach szczęścia, jakbym osiągnęła nieśmiertelność. Upajałam się spokojem i nic-nie-muszeniem. Odpoczywaliśmy razem i ocieplaliśmy mury mieszkania ciepłem ogniska rodzinnego.

Mała czarna



Nic efektywniej człowieka nie postawi na nogi niż mała czarna. Choćby człowiek spał snem kamiennym, po sobotnim melo, a nawet nieprzespanej nocy z powodu niemowlaka. Czy to mężczyznę czy kobietę czy dzieciaka nawet - mała czarna obudzi w sekundę. Wystarczy, że muśnie go raz swoim wilgotnym, subtelnym muśnięciem, a on już wie, że więcej oka nie zmruży. Choćby się człowiek opędzał i pchał głowę pod poduszkę w ramach protestu, że rano jest zbyt rano - mała czarna nie odpuści dopóki nie wstaniesz.

Kolęda dla tęczowego Boga

Przed kilkoma dniami na rynku muzycznym pojawił się nowy utwór Grzegorza Turnaua i Magdy Umer "Kolęda dla tęczowego Boga". Oprócz licznych słów zachwytów nad ujmującym tekstem pojawiły się także głosy, że artysta upolitycznił swoją twórczość, szeregując Aleppo między Bracką a Vis a vis. Wielu fanów pisało w sieci, że zawiodło się tym krokiem oraz że nie niesie on niczego dobrego. Czy rzeczywiście wkroczenie na tak śliski grunt jest faux pas i czynem niepożądanym? Pierwsze co przyszło mi do głowy to inne dzieła znanych twórców ocierające się o politykę i temat wojny.

Tymczasem ktoś spuścił pierwszy tego dnia łomot swoim dzieciom...


Mery obudziła nas serią buziaków pomieszanych z kopniakami. Nie interesowało jej przeglądanie książek ani nawet zabawa najnowszym fantem od Mikołaja. Chciała nas. Bezwzględnie, teraz. Stanowczo odrzucała propozycję pospania jeszcze 5 minut. Mela pokręciła się jeszcze i zwinęła w kokon pod moją pachą, a Mery kicała nad nami w ferworze poranka. Była tak naelektryzowana jak ja byłabym po trzech kawach z Gerogem Clooneyem. Otwielamy pacuskę! - zawołała, popędziwszy odcinać kolejny kawałek kalendarza adwentowego. Wnętrze paczuszki, wypełnione wizją oglądania bajek świątecznych wybudziło Melę i teraz już we dwie cuciły nasze rodzicielskie dętki. Wstaliśmy poczochrani, zachrypnięci, ale zakochani w tych dwóch wulkanach, rozlewających na nas lawy energii, która nie wiadomo skąd się brała.

W tym czasie ktoś inny, gdzieś kilometry od nas spuścił pierwszy tego dnia łomot swoim dzieciom.