Cieszę się, że mam to już za sobą



Na przestrzeni ostatniego roku obserwowałam w blogosferze piękne zjawisko narodzin nowych dzieci. Na początku co rusz natrafiałam na Fan Page'ach na radosne nowiny o znamiennych dwóch kreskach, a następnie z wypiekami na twarzy "witałam" kruszynę na świecie. Przy czym chodzi o blogerów, spodziewających się drugiego dziecka.

No i zaczęło się! Wpisy o konfrontacji starszaka i niemowlaka, podziale matczynej uwagi, łagodzeniu konfliktów między rodzeństwem. Wyprawki, recenzje, porady, cudawianki. A wszystko to okraszone masą uroczych zdjęć i opowieści ze świeżo rozmnożonych rodzin.

Dzieciństwo jest jak kurs nauki jazdy samochodem


Siadasz pierwszy raz na miejscu kierowcy auta. Czy masz lat 18, 30 czy 50 - nieważne, istotne jest to, że bez żadnej wiedzy i umiejętności zasiadasz za sterem czterokołowej maszyny. Instruktor palcem wskazuje co gdzie w samochodzie się znajduje, odczytuje z tabeli wszystkie znaki drogowe i rozszyfrowuje ich tajemnicę, objaśnia podstawowe zasady panujące na drodze i ... ruszacie w trasę. Odpalasz wóz, zapuszczasz muzę, manewr po placu - raz i szus na miasto. Zgrabnie zmieniasz biegi, gładko ogarniasz koordynację noga-ręka-oko, grzecznie przepuszczasz pieszych, koty, a nawet rowerzystów. Auto nie gaśnie ci nigdy, nie przysmażasz sprzęgła, a wycieraczki nie uruchamiają się "samoistnie". Jedziesz na luziku, instruktor siedzi tylko pro forma i wydaje komunikaty: "w lewo", "w prawo", "pod mcdonald". Parkowanie i tankowanie możecie sobie darować, bo przecież taka pojętność nie wymaga dokształcania.