Bibeloty w pudełeczkach

Od kilku tygodni moje dzieci mają nowe zajęcie. Biorą pudełka po butach, ewentualnie stare torebki na prezenty albo kuferki na drugie śniadanie i wkładają do nich rozmaitości ze swojego pokoju. Przybiegają do mnie z tymi opakowanymi bibelotami, wręczają i z najniezwyklejszą dziecięcą dumą mówią 'TO PREZENT DLA CIEBIE, MAMUSIU'. Zawartość jest zawsze inna. Raz są to pałeczki od cymbałków, mała pluszowa sowa, zepsute dzwonki, kilka kasztanów, innym razem figurka krowy, samochodzik, George Świnka, jeszcze innym - po prostu maskotka.

W zasadzie to nic wielkiego. zwykłe szpargały, znalezione w czeluściach pudełka z zabawkami albo pod łóżkiem. Kilka staroci. Takich, które nie mogą się nawet równać z wartościowymi, wymyślnymi prezentami, które zdarzyło mi się otrzymać, albo o których intensywnie marzę.

Nie mogą się równać z tygodniowym wypadem na narty tylko we dwoje, z górskim mrozem na policzkach, z drewnianymi karczmami i oscypkiem z żurawiną, jedzonym w schronisku na szczycie.

Nie mogą równać się z najzacniejszymi bibami urodzinowymi, w towarzystwie najbardziej melanżowych człowieków w kosmosie, w moim, najmojszym klimacie.

Nie mogą równać się z wyjazdem na ekskluzywny koncert Michaela Buble w moim ukochanym Krakowie, organizowanym w konspiracji przez wiele tygodni.

Nie mogą równać się z moim odwiecznym marzeniem o objazdówce po USA, ich najdzikszych zakątkach i najbardziej wyniosłych, tętniących życiem i neonami metropoliach.

Nie mogą się równać z tymi wszystkimi wspaniałościami, ponieważ wartość tych bibelotów jest o wiele, wiele od nich wyższa.

Każdy jeden szpargał, każda zabaweczka, albo nawet jej element, schowane w tych pudełeczkach przyprawiają mnie o szybsze bicie serca i poczucie bycia kimś naprawdę wyjątkowym. To właśnie ze mną one chcą się dzielić wszystkim co mają i wszystkim co kochają. Dla nas, dorosłych to bezwartościowe bzdety, ale dla dzieci to cały ich dobytek. Coś, czym uwielbiają się bawić, z czym śpią, co uważają za najciekawsze na świecie. To tak, jakby Ebenezer Scrooge oddał swój kantor, Sauron swój Pierścień, Mama Muminka torebkę.

Każdy zapakowany dziecięcymi rączętami prezent, przynoszą mi z niezachwianą pewnością, że tym, co sprawia im radość wywołają uśmiech również u mnie. Wierzą, że to, co wybrały jest najlepsze. Ich wiara i emocje malują się na twarzach w postaci ciepłych uśmiechów i błyszczących oczu wlepionych w pudełka, czekając na ich otwarcie, żeby później obrosnąć w nieskrywaną dumę, że wysiłek i pomysłowość zostały docenione.

A ja jestem dumna z ich bezinteresowności, potrzeby dzielenia się i przede wszystkim umiejętności oddawania [no, przynajmniej mi, nad resztą ludzkości na ziemi będziemy pracować]. Jestem wzruszona tym, że prostym rzeczom nadają takiej niebosiężnej wartości. I jednocześnie jestem zaskoczona tym jak bardzo poruszają mnie te drobnostki. Te prezenciki w starych pudełkach, te bukiety suchych liści, kamyki - tylko dla mnie. Nie spodziewałam się, że tak mnie zachwycą, uszczęśliwią i tak mocno odcisną się na ścieżce wspomnień. Nie spodziewałam się własnej euforii dopóki pierwszy raz nie zajrzałam do środka.

A przecież to tylko bibeloty.



Ten tekst został wyróżniony 4 miejscem w cotygodniowym rankingu #BlogowyCzwartek na portalu madrzy-rodzice.pl 
[<- kliknij, aby zobaczyć całe zestawienie]


***
Miło mi Cię gościć, zapraszam jeszcze do napisania kilku słów komentarza po przeczytaniu tekstu :)

Bo widzisz takie pisanie bez komentarza jest trochę jak wejście do pokoju pełnego znajomych i opowiedzenie im swoich przemyśleń, historii, wątpliwości, przy których każdy kiwa głową, uśmiecha się albo marszczy brwi, ale ... nic nie mówi. Kiedy kończysz każdy odwraca się i wraca do swoich zajęć pozostawiając Twoje słowa bez odpowiedzi. Słabo trochę, nie?
A człowiek - zwierzę stadne z natury, pogadać lubi ;)

Odwiedź mnie na FB Agaffio - Fan Page



***

2 komentarze:

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.