Dzieciństwo jest jak kurs nauki jazdy samochodem


Siadasz pierwszy raz na miejscu kierowcy auta. Czy masz lat 18, 30 czy 50 - nieważne, istotne jest to, że bez żadnej wiedzy i umiejętności zasiadasz za sterem czterokołowej maszyny. Instruktor palcem wskazuje co gdzie w samochodzie się znajduje, odczytuje z tabeli wszystkie znaki drogowe i rozszyfrowuje ich tajemnicę, objaśnia podstawowe zasady panujące na drodze i ... ruszacie w trasę. Odpalasz wóz, zapuszczasz muzę, manewr po placu - raz i szus na miasto. Zgrabnie zmieniasz biegi, gładko ogarniasz koordynację noga-ręka-oko, grzecznie przepuszczasz pieszych, koty, a nawet rowerzystów. Auto nie gaśnie ci nigdy, nie przysmażasz sprzęgła, a wycieraczki nie uruchamiają się "samoistnie". Jedziesz na luziku, instruktor siedzi tylko pro forma i wydaje komunikaty: "w lewo", "w prawo", "pod mcdonald". Parkowanie i tankowanie możecie sobie darować, bo przecież taka pojętność nie wymaga dokształcania.


Byłoby idealnie, prawda? Tak sobie raz posłuchać wytycznych i już śmigać bezpomyłkowo. Bez napomnień i ostrego hamowania. Nooo może ze dwa razy. Fajnie byłoby i dla kursanta, który bez zbędnego stresu odebrałby sobie kwit i dla nauczyciela, który nie naraziłby swoich nerwów na niepotrzebne poszarpanie ani czoła na nieprzyjemne spocenie.

Niestety, realia są druzgocąco inne. Absolutnie przeciwstawne. Kto był na kursie ten wie jak czasami można się zestresować, głupio pomylić, a nawet narazić na niebezpieczeństwo. A instruktor? Tyle się czasami nawciska tego hamulca i namacha, żeby w porę złapać kierownicę, że wystarczy za porządny trening na siłowni. Adrenalina skacze niczym auto, któremu zbyt szybko puści się sprzęgło. Każdy - i ten całkiem zielony i ten całkiem pojętny uczeń pomyli się nie raz, a nauczyciel nie raz będzie zmuszony do interwencji i strzępienia sobie języka.

Moi drodzy, tak samo jest z dzieckiem i z nami.

Chcielibyśmy, żeby po jednej naszej przestrodze dziecko już nigdy nie dopuściło się czynu niebezpiecznego, jak dotknięcie piekarnika czy wybiegnięcie na ulicę. Żeby w lot rozumiało nasze prośby, nakazy i granice. Marzy nam się posłuszeństwo bez zająknięcia, zbędnych pytań, nużących polemik i doprowadzających do czerwoności awantur. Albo żeby zawsze rozmowa była konstruktywna, efektywna i niezbyt przydługa. Z dwulatkiem. Trzy- i czterolatkiem. A tu bach! Dziecko nie radzi sobie, nie rozumie, testuje, powtarza błędy, zapomina, albo po prostu chce się bawić. Dla niego ten nasz świat jest nowością i abstrakcją - tak jak dla nas pierwsze godziny za kierownicą. Ono zaczyna żyć swoje życie i radzi sobie w nim jak potrafi: mozolnie poskładane sterty czystego prania przypominają mięciutkiego ludzika Michelin, który aż błaga o zabawę; regał z książkami jest niczym góra, którą młody Indiana Jones koniecznie musi zdobyć; a bombki na choince czy jajka z lodówki to przecież normalne, zwykłe piłki - tylko zagrać nimi można zaledwie jeden raz. I dużo wody musi upłynąć zanim nasze słowa zmienią jego wizję. Tak samo wiele godzin musi minąć zanim my przestaniemy dusić auto i wypadać z łuku.

Nieposłuszeństwo to nie jest zła wola, tylko brak wiedzy. Dla nas to oczywiste, że kiedy potrąci nas samochód to dostaniemy wstrząsu mózgu, krwotoku wewnętrznego, rozległych złamań, a nawet możemy zginąć. Ale naiwnym  byłoby sądzić, że dziecko choć odrobinę rozumie te pojęcia. A te wszystkie stłuczenia drogocennych porcelanowych serwisów, wyrywanie kwiatków z doniczek, spuszczanie telefonów w muszli klozetowej - to też nie jest złośliwość i premedytacja. To najzwyklejsze objawy prób oswojenia się z nowościami. Nikt przecież nie rodzi się z całym pakietem życiowej wiedzy i umiejętności. Tak dziecko, kiedy zaczyna swoją podróż przez świat, jak i my, kiedy zaczynamy podróż przez krajówki i autostrady.

Ten mały człowiek jeszcze wiele razy się pomyli, zagubi, przestraszy zanim wszystkiego się dowie. I trzeba pamiętać, że dla niego takie poznawanie to często też jest stres.

Jak zatem się zachować, jak postępować, co robić skoro już wczujemy się w sytuację małego nieogara? Zadajmy sobie pytanie: z jakim instruktorem chcielibyśmy my współpracować podczas nauki jazdy? Wyobraźmy sobie dwie możliwości:

1. Człowieka, który niecierpliwi się przy każdym twoim niedociągnięciu, krytykuje za każdy błąd, wywraca oczami, rzuca się na kierownicę. Zamiast tłumaczyć wiele rzeczy robi sam. Nie chwali za postępy, albo czasami przebąknie jakieś "okej". Krzyczy, kiedy po raz kolejny pomylisz wlew oleju z płynem do spryskiwaczy lub kiedy znów zapomnisz włączyć kierunkowskaz. Na jego lekcjach czujesz się jak na musztrze i czujesz pusty bak energii po zakończonej lekcji.

2. Człowieka, który z uśmiechem podejdzie, wyprowadzi auto z krzaków i setny raz poinstruuje jak się robi ten nieszczęsny łuk. Który będzie wymagał koncentracji i postępów, ale będzie też hołdował zasadzie "nie od razu Rzym zbudowano". Doceni wysiłki i wyraźnie acz bez pretensji podkreśli nad czym jeszcze trzeba popracować. Człowieka, który będzie w ciebie wierzył. I na lekcje z którym aż będzie się chciało biec.

Prawdę mówiąc nie uwierzę, że ktoś mógłby wybrać pierwszą możliwość. Chyba każdemu z nas zależy na tym, aby nauczyciel dodawał nam skrzydeł a nie je podcinał. Dziecko też tego potrzebuje.

Kiedy ono płacze to znaczy, że ma powód do smutku, żalu lub gniewu. Mamy to odczytać, a nie ganić za łzy. Kiedy tupie nogą, kolejny raz wspina się na szafki albo manifestuje swoją niezależność w przestrzeni publicznej to naszym zadaniem jest tłumaczyć - stanowczo, ale łagodnie. Jeśli rozerwie kurtkę lub ZNÓW zgubi swoją przytulankę to mamy zrozumieć, że pewne umiejętności jeszcze bardzo go przerastają. Nie wszystko potrafi wyjaśnić, a niektóre zachowania wynikają z jakichś ukrytych potrzeb, które powinniśmy rozszyfrować z miłością.

Jeśli my poczulibyśmy się skrzywdzeni, zgnębieni, rozczarowani, poniżeni przez obcego człowieka, który uczy nas jeździć żelaznymi metodami to wyobraźmy sobie jak czuje się mały człowiek, kiedy jest nie rozumiany, karcony i przeganiany przez osobę najbliższą. I w dodatku nie ma pojęcia dlaczego. Cały jego świat to rewolucja, masa strachu, nieumiejętności, a w niektórych sytuacjach pewność, że robi dobrze [bo skąd ma wiedzieć, że coś jest zakazane, niewłaściwe czy niebezpieczne?]. 

Naszym zadaniem jest mądrze prowadzić to nasze maleństwo przez wyboiste drogi i cały czas mieć na uwadze nasze własne myśli i odczucia, towarzyszące nam przy sytuacji nowej, skomplikowanej, i wymagającej żmudnej pracy. Jesteśmy ludźmi. Dziecku też dajmy być człowiekiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.