Cieszę się, że mam to już za sobą



Na przestrzeni ostatniego roku obserwowałam w blogosferze piękne zjawisko narodzin nowych dzieci. Na początku co rusz natrafiałam na Fan Page'ach na radosne nowiny o znamiennych dwóch kreskach, a następnie z wypiekami na twarzy "witałam" kruszynę na świecie. Przy czym chodzi o blogerów, spodziewających się drugiego dziecka.

No i zaczęło się! Wpisy o konfrontacji starszaka i niemowlaka, podziale matczynej uwagi, łagodzeniu konfliktów między rodzeństwem. Wyprawki, recenzje, porady, cudawianki. A wszystko to okraszone masą uroczych zdjęć i opowieści ze świeżo rozmnożonych rodzin.


Piękne to wszystko, inspirujące i generujące przyjemne wspomnienia o naszym własnym przejściu ze schematu 2+1 na 2+2. Pamiętam jak 1,5-roczna Amelka była taką wdzięczną, niekumatą istotą, która bawiła się w chowanego, ukrywając głowę pod kocem. Marysia-niemowlak zamiast włosów miała puchaty meszek i pachniała tak rozbrajająco, że mogłam sztachać się nią pół dnia. Ach!



Ale ... cieszę się, że mam to już za sobą. Pewnie, że było rozkosznie a czasami sielankowo. Miło spojrzeć wstecz, wspomnieć pierwszy kroczek i pierwsze mikro ciuszki, ale pod pewnymi względami nadeszły lepsze czasy. Wygrzebałam się z pieluch i po czterech latach w końcu pozbyłam się przewijaka z domowego krajobrazu. Po milionach lat ścisłej diety i abstynencji z powodu kp zaczęłam normalnie jeść! Weszliśmy w erę komunikacji werbalnej i przemieszczania się za pomocą nóg, pozbywając się nieporęcznego wózka. Wyraźny progres nastąpił także w kwestii wyrażania uczuć. Minęły mroczne czasy wrzasku w każdej możliwej sytuacji, a zaczęło się różnicowanie płaczu zależnie od przyczyny, a nawet słowne nazywanie niektórych potrzeb. Nastała epoka samodzielnych, długotrwałych zabaw i wcale niezłej zaradności. Iiiiiiii ... widmo nieprzespanych nocy nareszcie przeminęło, a fantazje o wysypianiu się w końcu stały się rzeczywistością!



Sporo zmieniło się także na minus. Na przykład w kwestii rozrywki: kiedyś było pełne fascynacji gapienie się na muchę, teraz jest wydrapywanie oczu siostrze - z wzajemnością i bezrefleksyjne penetracje ziemskiego globu bez poczucia odległości, dzielącej dziecko od rodzica. W kwestii wyżywienia: kiedyś był cyc i łyżeczka gotowanej marchwi, teraz jest mocowanie się z garami i kulinarnymi zachciankami. Jest też szukanie coraz bardziej wymyślnych argumentów i coraz rozleglejszych polemik. No i nie mam już wymówki na poplamione ciuchy i nieposprzątany dom.



Summa summarum wolę DZIŚ. Mimo wszystko łatwiej jest porozumieć się z pyskatym małym człowiekiem niż z człowiekiem, którego ni w ząb nie da się rozszyfrować. Kończymy też etap drugiego buntu dwulatka, który jest najbardziej abstrakcyjnym tworem w historii wszechświata. Doglądanie dziecka w samodzielnej zabawie to czysta rozkosz w porównaniu do ciągłego noszenia niemowlaka, albo zabawiania go czwartą ręką, podczas gdy dwie pozostałe gotują, a trzecia wyciera pupę starszakowi. Nareszcie można wykonywać te czynności oddzielnie! Niektórzy utrzymują, że gdy dzieci dorastają brakuje im nocnego "mamaaaa" albo pobudek na karmienie. A mi - ani odrobinę. Upajam się szczęściem z powodu powrotu nocy przespanej w jednym kawałku. Oczywiście dziewczyny przychodzą do nas w nocy i w łóżku robi się trochę gęsto, ale to raczej nie zakłóca ciągłości snu. Natomiast wymówki na plamy i bałagan ostatecznie nie są mi już potrzebne, bo magicznym sposobem powrócił czas na sprzątanie.



Wolę DZIŚ  także od JUTRA, które niechybnie nadejdzie. Nadejdą puste kąty, niewypełniona cisza i oszczędność w przytulasach. Ale o tym w innym odcinku.

A Wy w którym teamie gracie? Rodziców niemowlaka i kilkulatka czy dwójki kilkulatków? I czy brakuje Wam okresu niemowlęctwa czy - podobnie jak ja - cieszycie się, że macie go już za sobą?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.