"Pięć minut - i masz z powrotem swoje życie" - o dumie z aborcji słów kilka


Nie popieram aborcji. Bez względu na to czy mówimy o 22-tygodniowym dziecku czy 10-tygodniowym płodzie, rozrywanie go na strzępy wygląda tak samo: wyrywane są rączki, nóżki, główka [które zaczęły być widoczne już w 4 tygodniu], a na koniec wyjmowana jest miazga z sercem [które zaczęło bić już w 22 dniu po zapłodnieniu]. Dla mnie zawsze jest to człowiek, tylko na różnym etapie rozwoju. Tak samo jak my, urodzeni, jesteśmy na różnych etapach: niemowlę, małe dziecko, nastolatek, dorosły, starzec. Nienarodzeni różnią się od nas tym, iż oni nie mają szansy, aby bronić się przed zabiciem. Dlatego cenię głosy ludzi, chcących chronić tych najsłabszych.

Mimo to kiedy usłyszałam o pomyśle zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej przeraziłam się i poczułam oburzenie.
Nie dlatego, że ktoś bardzo mocno chciał bronić życia, tylko dlatego, że chciał to zrobić w sposób brutalny i uderzał w sytuacje krytyczne. Narósł we mnie bunt przeciwko zmuszaniu kobiet do tego, aby stawały się heroicznymi cierpiętnicami. Czy ochrona życia jednego człowieka musi odbywać się poprzez łamanie praw drugiego? Czy bezwzględnie nakazując kobietom rodzić rzeczywiście jesteśmy pro life? Moim zdaniem to o wiele za mało wykrzyczeć "piąte: nie zabijaj" czy też "musisz urodzić". Być pro life oznacza objąć ochroną te dzieci, które już się narodziły, a nie mają ludzkich warunków do życia. Być pro life oznacza walczyć o wyjątkową opiekę dla osób, które zdecydują się urodzić śmiertelnie chore, zdeformowane lub chore przewlekle dziecko. Być pro life oznacza wspierać finansowo hospicja perinatalne, fundacje i akcje charytatywne.

Jedyne co przynosi przymus to eskalacja złych emocji i poczucie bycia odartym z godności. Nakładanie sankcji prawnych na aborterów i ciężarne powoduje jedynie irytację i bunt. W ten sposób nie zlikwidujemy aborcji. Możemy doprowadzić natomiast do tego, że kobiety legalnie będą ją przeprowadzały za granicą. I to nie są prognozy, to już się dzieje.

Jestem za wolnością wyboru, bo wiem, że tylko dzięki niej jest szansa na ratowanie życia w skrajnych przypadkach. Choć rozumiem też, że nie zawsze matka podejmie taką właśnie decyzję. Rozumiem strach rodziców o cierpienie nieuleczalnie chorego dziecka i ich przy okazji. Potrafię zrozumieć, że można wystraszyć się śmierci, że można mieć wątpliwości: pozwolić żyć dziecku i zostawić 5-osobową rodzinę czy pozwolić żyć sobie, aby nie opuszczać tych, którzy nas potrzebują. Rozumiem te dramaty i nie wyobrażam sobie, aby nad każdą osobą w takiej sytuacji stał kat, zmuszający do podjęcia tylko jednej decyzji. Ja nie umiałabym racjonalnie podejmować decyzji pod presją. Niedawno napisałam tekst, który wiele osób wzruszył: Gdyby urodziła się chora. Twierdzę w nim, że przyjęłabym chore dziecko, że dałabym mu pożyć choćby jedną godzinę, że chciałabym przynajmniej móc je poczuć, zrobić zdjęcie, godnie pochować, a dzieckiem, które miałoby szansę na życie z chorobą - zaopiekowałabym się najlepiej na świecie. I cały czas tak myślę, ale ... tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono. Bo najzwyczajniej w świecie nie wiem jak zachowałabym się, gdybym rzeczywiście znalazła się w tak straszliwych okolicznościach. Czy nie stchórzyłabym? Nie wiem. Nikt nie wie! Teraz, na zimno, kiedy mnie to nie dotyczy mogę perorować o tym, co czuję, ale nie dam rady przewidzieć co bym czuła pod wpływem bólu, hormonów i stresu. Nie wiem jaka będzie moja sytuacja rodzinna i psychiczna. Nie wiem czy nie padnę ofiarą gwałtu! Ale w żadnym wypadku nie chciałabym czuć w takim momencie obciążenia, spowodowanego nakazem. Chciałabym móc wypłakać się, wziąć w garść, porozmawiać z mężem i podjąć wolną decyzję.Wolną. Naszą. Nie rządu, nie Kościoła, tylko naszą. Zgodną z naszym sumieniem. Z pewnością, że osądzeni zostaniemy w odpowiednim momencie.

NIE krucjacie XXI wieku! Podobnie myśli gro ludzi na całym świecie. Tylko ... zaraz, zaraz ... nagle okazało się, że jednak zaczęło wymykać się nam to spod kontroli. Chyba nagle ktoś popłynął na fali sukcesu czarnego protestu. Chyba ktoś się niebezpiecznie zagalopował...

Natalia Przybysz udzieliła wywiadu: "Aborcja - mój protest song". Mówi w nim o aborcji jak o przeciętnym zabiegu wyrywania zęba. Albo jak o niegroźnym nałożeniu szwa na ranę. Naprawdę to taki lajcik, o którym opowiada się swobodnie, bez krępacji szerokiej publiczności? Przeraża mnie mówienie o tym w taki sposób, bo historia zna przypadki, kiedy to "nadludzie" chełpili się z faktu, że wytępili innych ludzi, których uważali za niepotrzebne śmieci. 

Natalia twierdzi, że kobiety, które dokonały aborcji powinny mówić o tym głośno. Ktoś może powiedzieć, że to akt odwagi, dla mnie to wstyd. Co godnego pochwały jest w wyznaniu, że wpadka 

"trafiła się ludziom dorosłym, rodzicom dwójki dzieci, którzy już mają jakąś wizję swojego życia. Ich historia po tych wielu latach razem zaczyna się jakoś kleić, zgadzać, jest im dobrze. (...) Nie chcą teraz niczego zmieniać, zaczynać od początku. (...) Podejmują decyzję, że nie wchodzą w tę nową historię. Nie chcą bezwładnie unosić się w życiu tylko na tym, co przynosi los. Zależy im też na jakości tego życia, które już mają. Nie chcą wracać do pieluch. Nie chcą szukać większego mieszkania teraz. 60 metrów kwadratowych ze wszystkimi książkami i zabawkami dzieci jest trochę ciasne, ale jest OK.
(...)
Czuję wielką ulgę. Nagle cieszysz się wszystkim w swoim życiu, tym, co masz. Robisz postanowienia, jakby był Nowy Rok – że teraz zrobisz to i tamto. To najbardziej uskrzydlające przebudzenie." ?

To jest powód do dumy? To zwyczajne wygodnictwo i próżność niewarta nagłaśniania, a tym bardziej naśladowania. Nie, nie powinno się o tym mówić głośno. Taka propaganda jest zwyczajnym mąceniem wody i wywieraniem wpływu na inne kobiety, które być może potrafiłyby wziąć się w garść, zawalczyć o dobry dom dla kolejnego dziecka, które być może poczułyby dumę z tego, że dały radę, a nie podkuliły ogon. Takie obnoszenie się z aborcją może spowodować, że kobiety pod wpływem tak-nowocześnie-brzmiących manifestów zrobią ten sam krok, bo "idolka poczuła ulgę", a tymczasem może się okazać, że idolka w pewnym momencie swojego życia pożałuje tej decyzji, wycofa się ze swoich słów. A kobiety, zapalone jej ogniem zostaną z tym ciężarem same.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to jej/ich decyzja, że mają prawo, że wolność. Ale nawet wolności nie należy nadużywać i się nią bawić. Mam głęboki szacunek do człowieka i jego wolności: niech każdy wierzy w co chce, niech ma orientację, jaką chce, niech się ozdabia jak chce, obcina sobie co chce etc. Jednak granicę mojej tolerancji przekracza się wtedy, gdy jeden człowiek ingeruje w prawa innego. Muzułmanin odprawia swoje modły i zwyczajnie rozmawia z innymi - ma takie prawo. Przyjaciel chce zostać księdzem katolickim i głosić kazania - trzymam kciuki za jego powołanie. Inna matka karmi swoje dziecko na swój sposób - wolnoć Tomku w swoim domku. Ale kiedy Muzułmanin zechce zdetonować bombę i zabić ludzi; kiedy ksiądz zacznie gwałcić dzieci; kiedy inna matka zacznie narzucać innym swój sposób odżywiania - wtedy naruszają oni granice innych ludzi, nie decydują tylko o sobie i o swoim życiu i na to się nie zgadzam. Tak samo kobieta - ze sobą niech robi co chce, ale kiedy chce zabić innego człowieka, który w dodatku nie jest w stanie sam się obronić, wtedy nie decyduje tylko o sobie. Zdrowa, silna dziewczyna pozbawia życia zdrowe dziecko. Nie ma wskazań medycznych, nie ma obaw, jest natomiast fanaberia. Ktoś czuje ulgę i odzyskał własne życie. Kosztem cudzego życia! W tym wypadku wygodna wolność uniemożliwia życie kogoś innego. I na to się nie zgadzam.

Nie chcę, żeby naokoło coraz głośniej mówiło się o odwadze usuwania niechcianej ciąży. To byłoby po prostu społeczne przyzwolenie na zaspokajanie zachcianek bez ponoszenia żadnych konsekwencji. To byłoby traktowanie aborcji jako antykoncepcji. 

Nie ma we mnie zgody na społeczną znieczulicę i przyklaskiwanie wyznaniom o pozbyciu się płodu, z powodu pt.: "nie chce mi się zmieniać mieszkania". Opowiadanie o tym z dumą jest w moim odczuciu bezduszne.

Czy tak ma wyglądać ten wspaniały, nowoczesny, wolny świat? Idziemy w kierunku bezrefleksyjnego zabijania? A może za chwilę zaczniemy zabijać niewygodnych sąsiadów, natrętnych akwizytorów, denerwujących teściów? Pięć minut i będziemy mieli z powrotem nasze życie - wolne od niepotrzebnych ludzi - śmieci. 

Na koniec: nie potępiam Natalii, jako człowieka. Po prostu uważam, że tak poważna sprawa nie powinna zostać potraktowana tak nonszalancko. Nie powinna stać się zarzewiem do publicznego przyzwolenia na aborcję i do zalegalizowania jej.
Nie potępiam Natalii, niech gra dalej dobrą muzykę w kraju, który kocha.


***
Zdjęcie to kadr z piosenki "Przez sen", w której autorka zawarła swoje przeżycia dotyczące dokonanej aborcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.