Najlepsze, co mogę powiedzieć o sobie




























[Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę do słuchania w tle :) 

Zagadujesz mnie "co słychać? jak leci?", mówię że super, oddycham, bo dzieci w przedszkolu zadowolone, bez problemu zostają, śniadania jedzą, uczą się - o, piosenek na przykład. Jak one się uczą piosenek! A później mi je wyśpiewują całymi dniami. Pamiętam jak Mery miała 2,5 roku i się nauczyła piosenki o przedszkolakach. Tam był taki fragment o bioderkach i ona swoimi bioderkami tak wywijała w lewo i w prawo, a mi się normalnie serce roztapiało, bo to było tak urocze, że do tej pory kiedy patrzę na film z tym jej śpiewaniem i bioderkami to mi się serce dalej roztapia jak szalone!





"Haha fajnie! Ale co u ciebie?" - pytasz znów, więc ja opowiadam, że w sumie spoko, mam czas na spokojne gotowanie, bo ja gotować lubię, więc dziś po dynie idę i zupy nagotuję na 3 dni. Bo dzieci tak dyniową lubią, że mogłyby jeść i jeść. Ale czego one nie lubią hohooo! I rybę ze szpinakiem zjedzą i paprykę do kanapek i marchewkę - o ta to musi być codziennie, więc zawsze zapas marchewek biorę, co by mieć na podorędziu do surówki, na przekąskę, drugie śniadanie, no do wszystkiego. A obczaj, że natkę pietruszki to Mery wcina jak bombonierki! Idziemy do warzywniaka, a ona jak tylko ją wypatrzy to hyc łapie i od razu do buzi pakuje. Ja jej totalnie nie rozumiem, bo przecież to nie jest popularne, żeby dziecko takie rzeczy jadło, a mi to do tej pory z dzieciństwa zostało, że zieleninę z zupy wyjmuję i ozdabiam nią talerz dookoła. Ale ona nie! Na odwrót całkiem. A raz jak kupiliśmy natkę i jechaliśmy rowerami to Mery oczywiście w swoim foteliku zasiadła, wzięła drzewo do rąk i tak wsuwała, że tylko ludzie się za nami oglądali, że co też to dziecko robi... -

- tak mówię, a ty odpierasz "wow super, naprawdę, a jak z TWOJĄ pracą? Coś masz w planach?", więc ja macham ręką, że eee spokojnie, praca nie zając, muszę najpierw zobaczyć czy dzieciom się jakiś kryzys nie włączy i nie będą panicznie uciekać z przedszkola no i czy choróbska na nas nie spadną. Bo jak w zeszłym roku ledwo usiadłam do CV to akurat ospę jedna złapała, a jak wyzdrowiała to po kilku dniach druga i tak miesiąc przebalowałyśmy w domu, a później była taka zima jak nie zima i tak chorowały te moje dziewczyny, że trzeba je było przytulać non stop praktycznie, bajki opowiadać, herbatkę z pomarańczą donosić. Ale one jak chore to takie słodkie są, takie do miziania - jak pluszaki, zwłaszcza Mela. Ona jakby mogła to wrosłaby mi w skórę i tak na doczepkę wszędzie ze mną chodziła!



No i ty patrzysz na mnie z westchnieniem, głową kręcisz z politowaniem, że jak mnie pytasz co u mnie to ja mówię co u nich i że to paranoja jakaś, a ja ci przytakuję - bez namysłu zresztą, że w sumie to tak i ta paranoja to ma nawet swoją fachową nazwę: macierzyństwo.

No i po prostu czasami najlepsze co mogę powiedzieć o sobie - to one <3































***
BARDZO MIŁO MI CIĘ GOŚCIĆ. PROSZĘ, ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD W POSTACI KOMENTARZA :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.