TV or not TV?

Włączać czy nie włączać? Jak długo? Jak często? Czy to niebezpieczne? Czy to pożyteczne? Wyjawię wam sekret.

foto z englishthroughlaxas.blogspot.com




Trochę historii


Telewizor w moim życiu obecny był od zawsze. Już jako dziecko układałam sobie plan dnia według programów i koniecznie przerywałam zabawę, kiedy nadchodził czas ulubionych bajek. Z tatą zawsze oglądaliśmy cykl Hanna-Barbera, wyczekiwane wieczorynki i bajki Disneya. Znał wszystkie postaci, naśladował głos Kaczora Donalda, kupował kasety z bajkami i zlecał nagrywanie naujkochańszych. W tym temacie byliśmy kompanami i budowaliśmy naprawdę fajną więź, której nie było na innych płaszczyznach. Niezapomniany czas.

W późniejszym okresie moją wielką pasją stała się popularna anime 'Sailor Moon'. Nie tylko oglądałam i nagrywałam każdy odcinek, ale też kolekcjonowałam wszystkie, nawet najmniejsze gadżety z nią związane. Początkiem każdego miesiąca wyczekiwałam nowej okładki magazynu i komiksu w witrynie kiosku, wytrwale nosząc w kieszeni odliczone pieniądze. Ależ to był hicior! Do tej pory mam kilka paczek wypełnionych gazetami, książkami i puzzlami 'SM'.

Później przyszedł czas na brazylijskie telenowele, wieczorne seanse filmowe i serialowe, sport itd. Moim życiem zaczęła rządzić potrzeba śledzenia tasiemczych seriali i głupich show, emocjonowania się wyolbrzymionymi problemami Polski i świata oraz gapienia się na filmy dla zabicia czasu.

Przez kolejnych 8 lat uczyłam się funkcjonowania w świecie, istniejącym poza szklanym ekranem. Nauczyłam się go na tyle, że prawdziwe życie całkiem znokautowało tv i jego ofertę. Przez ten czas miałam styczność z tv tylko podczas wizyt u osób, które go posiadały lub w knajpach weń wyposażonych. Ten odwyk wyczyścił mnie ze wszystkich starych, niepotrzebnych potrzeb.

Dokładnie rok temu sprzęt telewizyjny znów u nas zagościł. Przez ten rok służył głównie do wypełniania miejsca na ścianie i ładnego komponowania się z meblami. Jego czerń [bo zwykle był wyłączony] kontrastowała z białą komodą i elegancko uzupełnia grafitowy kolor ściany.

Trochę współczesności


Teraz czasami odpalam DDTVN i 'Na Wspólnej'. W okresie świąt pewnie obejrzymy 'Kevina', 'Love actually' i 'Opowieść wigilijną'. Wszyscy śmieją się z tych nudnych powtórek, ale my lubimy ten ich klimat, przypominający czar dzieciństwa i pierwszej młodości. A do tego to naprawdę świetne filmy.

Dzieciom też nie odmawiam, jeśli mają ochotę. Czasami po 15 minutach stwierdzają, że to nie dla nich, a czasami po godzinie proszą 'jeszcze tylko ostatnią bajeczkę'. Bywa, że w niedzielne przedpołudnia proponujemy im kino familijne, ale one nudzą się jeszcze przed połową seansu. A jeśli gdzieś wyjeżdżamy to na całe dnie zapominamy o istnieniu animowanej przestrzeni. Niekiedy tv to prowodyr naszego dnia. Gdy jestem wyprana z sił i pomysłów, dzieci odmawiają zabawy bez mojego towarzystwa, a Mężny oświadcza, że wróci później z pracy to bezczelnie włączam im bajki. W takich przypadkach głupotą byłoby usiłowanie za wszelką cenę wycisnąć z siebie resztki dobrego humoru i kreatywności w myśl idei 'wszystko byle nie tv', labo bardziej dosłownie 'zesraj się, a nie daj się'.

Ostatnio byliśmy u znajomych, którzy mają dwójkę dzieci w podobnym wieku do naszych. Po kilkunastu minutach cierpliwość zaczęła odmawiać mi posłuszeństwa. I to wcale nie z powodu podwojonej liczby małych agentów, specjalizujących się w nadwątlaniu cierpliwości i innych cnót człowieczych. Wprost przeciwnie, dzieciaki szybko znalazły wspólny język i jęły zajmować się same sobą. Tym, co mnie zirytowało był non stop trelający telewizor. Gryzł mnie w uszy i uwierał w koncentrację, choć dzielnie starałam się znosić zasady panujące u gospodarzy. Udawało nam się przebić z rozmową przez księżniczki i gadające żaby, a po pewnym czasie wywalczyłam wyciszenie dźwięku, a nawet wyłączenie tv na kilka minut. To było ciekawe doświadczenie.

Trochę wniosków


Po co ten cały wywód i gdzie się podziała śmiała krytyka telewizora lub kontrowersyjna aprobata dlań? Przecież każdy, kto podejmuje temat staje ostro po jednej albo drugiej stronie. Moja wersja jest inna.



"Dzieci nie pamiętają ich najlepszego dnia z telewizją".
Doskonale pamiętam sprzed lat zabawy z dzieciakami z ulicy. I festiwale wymyślane przez starszaków i zwykłe klepanie piłką. Kultowe zabawy w 'raz, dwa, trzy baba jaga patrzy!',w chowanego i w badmintona o 22, kiedy już lotka była niewidoczna dla ludzkich oczu, ale nikt nie myślał o tym, żeby skończyć grę. Pamiętam obserwację konsystencji mieszanek błotnych, straszenie maluchów i kryjówki na jabłonce. Ale nie zmienia to faktu, że i bajki były ważną częścią mojego dzieciństwa. Choćby ze względu na nić przyjaźni z tatą, którą wspominam z nostalgią i uśmiechem. Albo na fakt, że bajka była moją wielką pasją i podstawą rozwijania miłości do rysowania. To są sprawy, które doskonale pamiętam i bardzo się cieszę, że się wydarzyły. Nie pozbawiły mnie 'prawdziwego' dzieciństwa ani pomysłowości.

Moje dziewczynki nie mogą narzekać na brak czasu spędzanego ze mną. Zresztą o tym, że uwielbiam wymyślać im zabawy pisałam już nie raz, na przykład tu: My kids - my passion. Razem śmigamy na rowerach, urządzamy pikniki, a tańce - hulańce są na porządku dziennym. Nie szczędzimy sobie wielkich wyczynów artystycznych, długich podróży ani zabaw sensorycznych. Książki i muzykę chłoniemy jak powietrze. A mimo to jakimś cudem znamy cały repertuar serwowany na MiniMini+, orientujemy się w najlepszych bajach edukacyjnych i rozmawiamy ze sobą cytatami z bajek.

Krótko mówiąc: Wcale nie uważam, że tv jest zły, ani że jest dobry. Jest po prostu taki, jakim go uczynimy. Być może moje życie potoczyłoby się inaczej, gdyby tego tv było mniej. Ale czy na pewno byłoby lepiej? Najważniejsze, że teraz jest okej.

My mamy nasze zasady, ktoś ma inne. Fakt, że ja nie zniosę ciągle grającego telewizora nie oznacza, że inni mają to zmienić. Nie dajmy sobie wmówić, że ktoś robi lepiej, bo pozwala tylko na 15 minut dziennie, albo tylko po dobranocce. Albo że ktoś namawia do wyrzucenia tv, bo ono jest wymysłem szatana. Albo że właśnie telewizor musi grać, bo bez niego jest sztuczna cisza i dzieci wtedy nie potrafią się niczym zająć, tylko czepiają się maminej nogi i nie chcą puścić. Jeśli podejdziemy do tematu z rozsądkiem i zgodą z samym sobą to tv niczego nam nie zaburzy. Rozsądek to ważna rzecz i trzeba o nim pamiętać, ale umówmy się - każdy ma swój. Nie dajmy się zwariować i tyle.

2 komentarze:

  1. Ja długo broniłam J. przed telewizorem (dopiero w styczniu skończy dwa lata), mąż mu raczej pozwalał. Nie, żeby seriale oglądał albo wiadomości, raczej jakieś krótkie bajki na dvd albo piosenki o misiach na smartfonie. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, zwłaszcza jeśli chodzi o czas przy nich spędzony. Fakt, zdarzało mi się mu włączyć, bo marudził, a ja musiałam ugotować obiad. Albo mężowi, bo musiał popracować chwilę.
    Ale od jakiegoś czasu zauważamy, że J. przy tych bajkach poszerza słownictwo. Coraz więcej rozumie, coraz więcej pamięta, więc jest zabawnie, gdy nagle zaczyna cytować albo próbuje śpiewać piosenki :).
    Reasumując: wszystko z umiarem i rozsądkiem. I nie zamiast obecności, oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja historia jest podobna do mojej. Zanim doszłam do powyższych wniosków bardzo się spinałam, bo chciałam, żeby dziecko było mądre, kreatywne a nie wgapione w ekran. Dopiero drugie dziecko wylało mi kubeł zimnej wody na głowę, dogryzając 'weź się, mamo' ;) Tak samo jak Ty zaczęłam zauważać, że jednak dzieci czegoś się przy tych bajkach uczą. I tak narodził się dystans i zdroworozsądkowe myślenie :)

      Usuń

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.