Wychowałam High Need Baby

Dopadają mnie czasami takie dni jak dziś, gdy ból lub choróbsko wysiorbują moją życiową energię niczym żul tanie wino. Muszę wtedy runąć na łóżko kilka razy w ciągu dnia [całodziennie nie ma szans, bo dom by runął razem ze mną] i nareperować strzępki nadwątlonych sił. Wtedy, wyobraźcie sobie przychodzi do mnie dziecko moje 3,5-letnie. Można by pomyśleć, że zaczyna zrzędzić, domagać się hulanek i mieć gdzieś, że w trakcie wyzionę ducha. Mogłoby, dzieci tak mają, ale ono robi coś innego. Siada obok mnie na łóżku i czyni rzeczy nadprzyrodzone. Szeptem anioła pyta jak się czuję i deklaruje, że się mną zaopiekuje. Głaszcze mnie przy tym najczulej jak potrafi, całuje, przytula, dopytuje czy mi lepiej [Ba! Proste, że lepiej!]. Kiedyś oferowała, że pójdzie zrobić mi herbatkę, żebym wyzdrowiała. I naprawdę szła! Z Mężnym zaparzali z pomarańczą, miodem i syropem malinowym - tak jak lubiłam, przynosili, dumni tacy, że pomagają. Dziś zrobiła coś jeszcze. Rzekła do mnie miękko: 'mamo, odpoczywaj, leż sobie tu', a do siostry: 'chodź, Marysiu, niech mama sobie odpocznie' i zabrała ją do pokoju. Poszły, bawiły się same. Bezinteresownie. Jak w bajce. Jej najszczersze na świecie wyrazy troski i empatii wgniotły mnie w materac i stopiły moje serce. Dziecko ... takie małe przecież ... 3,5-letnie.




Ale nie tylko to mną wstrząsnęło. Sięgnęłam myślą w przeszłość i przejechałam palcem pamięci przez cały timeline od 1 do 3 roku życia. Przeszedł mnie dreszcz. W życiu się nie spodziewałam, że z tamtego niemożliwie wymagającego dziecka wyrośnie tak dobry, kochany człowiek. I to tak szybko!

Tak się składa, że w granicach okresu buntu dwulatka Amelka przekroczyła wszelkie możliwe normy naszej rodzicielskiej cierpliwości niczym krakowski smog dopuszczalne stężenie w powietrzu. Moje odczucia i cały schemat buntu był podobny do tego w tekście A weź jej przylej, w którym pisałam o problemach z Marysią. Ale ten Amelki był wiele razy straszniejszy i trudniejszy. Inne mamy tęsknią za swoimi bobasami, które w tym wieku uczyły się mówić i robić inne skomplikowane rzeczy. Czasami nawet chciałyby, żeby ten czas wrócił. Ja nie. Moje dziecko było bystre i sprawne i wiele razy wprawiało mnie w niebotyczną dumę, ale potrafiło też wyprowadzić moje siły, wiarę w siebie i zdrowie psychiczne poza kontynent wytrzymałości. W oceanie histerii i awantur bez powodu tonęliśmy przez wiele długich miesięcy, nie widząc żadnego okrętu ratowniczego na horyzoncie. Żądania wobec mnie bywały absurdalne i zaprzeczały sobie. Drobne niepowodzenia kończyły się krzykiem, nie raz dwugodzinnym. Każda pobudka - tak rano jak i po drzemce - okraszona była dudniącym, niezahamowanym strumieniem gorzkiego płaczu i ostrej nerwówki. Zazdrość o młodszą siostrę była gwoździem programu i zawsze objawiała się inaczej, przez co ciężko było wychwycić, że to o nią chodzi. Niegdyś wyczekiwane, pierwsze, słodkie 'mama' zamieniło się w nieznośne roszczenia. Tacie nie dawała się tknąć. W trakcie napadu histerii niemalże nie było z nią kontaktu. Stała cała zdrętwiała, zalana katarem, patrzyła wściekłym wzrokiem i przez cały czas przeraźliwie jęczała. Wzmagała jęk, kiedy tylko drgnęłam lub spuściłam wzrok. Nigdy się nie rzucała, nie robiła sobie krzywdy, tylko tak stała i nie wiadomo było co począć. A ja nigdy w życiu nie czułam się tak bezradna i beznadziejna. Każdego dnia tak samo. Przez prawie dwa lata. Bałam się wręcz jakiejś choroby, rozmawiałam z lekarzami, rozpaczliwie szukałam diagnoz i wyjścia.

O tym ile porad usłyszałam, jakie analizy snułam, jak bałam się każdego poranka, jak czarne wizje mnie miażdżyły i jakie zarzuty w siebie ciskałam, nie potrafiąc pomóc własnemu dziecku mogłabym pisać godzinami i wydać w postaci gigantycznych tomisk. 

Kiedy żadne mądre metody wychowawcze nie skutkowały - skapitulowałam. Nie próbowałam wychowywać, nastawiłam się po prostu arcypokojowo i prewencyjnie i postanowiłam zobaczyć co przyniesie czas. Wszystko, co robiłam można zawrzeć w jednym zdaniu:


Ci, których najtrudniej kochać, najbardziej potrzebują naszej miłości
Dan Milman


To było jedyne co mi wtedy zostało. 
Najważniejsze jest to ... że to wszystko się skończyło. Minęło. I to wcale nie w sposób etapowy. Tak jakby czarna chmura, miotająca błyskawice nagle się rozpłynęła. Trzecie urodziny odcięły nas od tego dramatycznego okresu raz na zawsze. Raz na zawsze. To wspominam ze łzami w oczach i mówię jak o cudzie, którego nikt się nie spodziewał. To jakby ktoś oddał nam dziecko i postawił przed nami nowe, piękne, nareszcie radosne.



W życiu się nie spodziewałam, że z tamtego niemożliwie wymagającego dziecka wyrośnie tak dobry, kochany człowiek. I to tak szybko!


***

Wiem, że to wszystko nie jest typowym HNB, ponieważ ten termin stosuje się dla niemowląt, jednak nasze objawy - wraz z finałem - były po prostu łudząco podobne.




Ten tekst znalazł miejsce w cotygodniowym rankingu wpisów blogowych #BlogowyCzwartek na portalu Mądrzy Rodzice [<- kliknij i zobacz całe zestawienie]

2 komentarze:

  1. Czytałam o tym...i doszukiwałam się w Młodej punktów, które były opisane.
    "W życiu się nie spodziewałam, że z tamtego niemożliwie wymagającego dziecka wyrośnie tak dobry, kochany człowiek. I to tak szybko!" Podpisuję się pod tym!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest fenomen. Jednego dnia masz w domu małego potwora, a drugiego anioła pokoju. Myślisz, że coś nie halo, a to HNB :)

      Usuń

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.