Strony

I want to wake up in a city that doesn't sleep



Od 2 miesięcy mieszkamy na nowych śmieciach. Przez pierwsze dni budziła mnie beztroska myśl, że mam już wszystko. Ziściło się jedno z najważniejszych marzeń - własne M4, urządzone przez nas, dokładnie według naszych zachcianek. Budziłam się w oparach szczęścia, jakbym osiągnęła nieśmiertelność. Upajałam się spokojem i nic-nie-muszeniem. Odpoczywaliśmy razem i ocieplaliśmy mury mieszkania ciepłem ogniska rodzinnego.


Błogostan. Prawdziwa eudajmonia. Można umierać.

Jednak po kilku noworocznych dniach uświadomiłam sobie co to znaczy, że spełniliśmy marzenia. Spełniliśmy! Po pierwsze rodzina i dzieci, po drugie mieszkanie. Coś, co kiedyś rosło tylko w naszej wyobraźni, teraz jest żywe i namacalne. Mamy to! Uświadomiłam sobie też, że w zasadzie to ... możemy wszystko!

Tak naprawdę to, co osiągnęliśmy jest początkiem, nie końcem. Nie laurem zwycięstwa, na którym można osiąść, tylko motorem napędowym, impulsem, Manus Dei, pchającą naprzód. Trafiło do mnie, że przecież jest jeszcze kilka marzeń, które stoją w kolejce i przestępują z nogi na nogę czekając na spełnienie. I teraz już wiedzą, że i dla nich zaświta brzask spełnienia. Słowa: "If you can dream it, you can do it" przestały być literami wydrukowanymi na kartce, powieszonymi na ścianie.

I chodzę taka naelektryzowana, skronie pulsują od produkcji myśli, ale zdrowy rozsądek nie do końca chce podjąć współpracę. Na moje plany o wyjazdach - długich i mniej długich, na pomysły biznesowe, na fantazje o dużym domu i dużej rodzinie mówi: "hola, hola!". Przecież dzieci małe, podróże ryzykowne, a dom - znowu babranie się w planach, poszukiwaniach, rozjazdach ... Nie lepiej zapuścić korzenie, złapać ciepłą posadkę, bez trosk o papierologię i biurokrację? Nie lepiej w zaciszu domowym lepić pierogi i prasować skarpetki?

Można by, jasne. Ale nie chcę!

Od dzieciństwa mówiono mi "nie", "nie da się", "nie możesz", "nie dasz rady", dlatego teraz mówię tylko TAK.
Dom będzie jasny, ciepły, otwarty, pełen dzieci i przyjaciół. Na wsi, ale nie za daleko od teatrów.
Francuskie winnice, australijskie rafy koralowe, islandzka zorza polarna już tylko na nas czekają.
A lepić pierogi mogę przecież także w mieście, które nigdy nie śpi!






***
Miło mi Cię gościć, zapraszam jeszcze do napisania kilku słów komentarza po przeczytaniu tekstu :)

Bo widzisz takie pisanie bez komentarza jest trochę jak wejście do pokoju pełnego znajomych i opowiedzenie im swoich przemyśleń, historii, wątpliwości, przy których każdy kiwa głową, uśmiecha się albo marszczy brwi, ale ... nic nie mówi. Kiedy kończysz każdy odwraca się i wraca do swoich zajęć pozostawiając Twoje słowa bez odpowiedzi. Słabo trochę, nie?
A człowiek - zwierzę stadne z natury, pogadać lubi ;)

Odwiedź mnie na FB Agaffio - Fan Page


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.