Strony

Czy musimy czuć się gorsze?


Anna Lewandowska po porodzie błyskawicznie zgubiła brzuch i wróciła do pracy.

Taki news bombarduje mnie od kilku dni, mimo że nie oglądam tv, nie czytam żadnych portali mniej lub bardziej plotkarskich ani nie śledzę ich na Facebooku. Ta informacja jest jednak tak popularna, że przebija się nawet przez moją skrzętnie pielęgnowaną ignorancję wobec różnego rodzaju dzieje się w świecie show biznesu, polityki, szczepionek i innych gorących tematów.

Jednak skoro już ta wieść do mnie dotarła to ... szczerze się ucieszyłam. Dziewczyna bardzo dba o siebie, ćwiczyła przed ciążą, w czasie ciąży, realizowała plan zdrowego odżywiania, który zresztą stworzyła, więc po prostu ma to, na co sobie zapracowała.

Niby not big deal, ale ... nie dla wszystkich. Nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie KOMENTARZE pod rozsiewanymi wszędzie breaking newsami o płaskim brzuchu Anny. Nieśmiertelne, wojownicze komentarze oburzonych. Oburzonych na fakt, że ona tak szybko wróciła do formy, bezczelnie się z tym afiszuje i że co teraz te gwiazdy, gwiazdeczki i celebrytki wyprawiają to się w głowie nie mieści! Że wywierają presję, a my, pospolite mamy, które z pociążowym brzuszkiem borykamy się czasami przez kolejne miesiące, a nawet lata, czujemy się zdegradowane i brzydkie. Mamy kompleksy, a to wszystko ich wina, to przez nie ... przez te ...

Ale chwileczkę, chwileczkę ... zwolnijmy. A czy nie jest przypadkiem tak, że to media podprogowo wyznaczają nam w głowach kanony piękna, kreują archetypy "jedynego słusznego" wyglądu i tym samym projektują w naszej świadomości obraz nas, jako gorszych? Czy nie jest tak, że to my dajemy się podburzać niby niewinnym informacjom, które uświadamiają nam cichaczem, co jest uznawane za warte uwagi? Czy to nie my same zaczynamy patrzeć na siebie przez pryzmat innych ludzi i dostrzegać u siebie wady oraz je wyolbrzymiać? I wreszcie: czy dla nas nie jest to czasem taka strefa komfortu, kiedy siądziemy przed kompem, nawrzucamy w internety te nasze żale jak to inni mają lepiej, a my mamy gorzej, a na koniec nie kiwniemy palcem, żeby to zmienić?

Bo przecież rzeczona gwiazda nie wyskoczyła z porodówki prosto na salę treningową, nie zrobiła materiału o tym, że ona jest lepsza od nas wszystkich i nie prowadzi nagonki na mamy, które po ciąży nie odzyskały formy tak szybko jak ona. Śledzę profil Ani na Fb, więc miałam okazję bezpośrednio u niej poczytać coś wprost przeciwnego: że tuż po porodzie musiała odroczyć treningi, że bardzo się ucieszyła, kiedy nareszcie mogła do nich wrócić i o tym, że ciekawe ile jeszcze będzie przerw na karmienie. Napisała też coś [i to nie jeden raz!], co jest naprawdę budujące [a na pewno nie zniechęcające]:

"Powoli wracam do formy💧 - wbrew pozorom nie jest łatwo🙈😉Pamiętajcie jednak o tym, o czym wielokrotnie powtarzam. Każdy organizm regeneruje się w innym tempie. Nie poddawajcie się i nie rezygnujecie, a małymi kroczkami wrócimy do formy. Dajcie sobie czas i luz - nic na siłe!" 

Powiem Wam, że to wszystko wygląda zupełnie normalnie, autentycznie, bez nadymania się i bez żadnej presji. Co więcej - Anna L. nie prowadzi swoich ćwiczeń w kuluarach, żeby później wyskoczyć nam przed oczy i triumfalnie górować nad nami wszystkimi. Wprost przeciwnie: pokazuje co jeść, daje nam przepisy na zdrowe potrawy, tłumaczy jak trenować, prowadzi kursy etc. Ona pokazuje nam jak to wszystko osiągnęła i podaje nam receptę na zdrowy tryb życia. Nie ma tu żadnego czary mary czy nieosiągalnych wymagań, tylko prawdziwa zdrowa motywacja.

Tak naprawdę to media nadmuchują tę całą aferę, piejąc z zachwytu nad "niedoścignionymi" wzorami sylwetek i opiewając je jako bożyszcza o nadludzkim wyglądzie. Czy zatem nie powinniśmy mieć tych wszystkich serwisów w nosie? Czy nie rozsądniej jest patrzeć na siebie, wyolbrzymiając swoje zalety? Czy nie lepiej byłoby dbać o siebie według własnych możliwości i dochodzić do formy w swoim tempie? Przede wszystkim powinnyśmy lubić siebie i akceptować własne ciała, a dopiero później zwracać uwagę na to, co robi ktoś inny. Najpierw powinnyśmy cieszyć się własnym życiem, a dopiero jeśli zechcemy coś w nim zmienić - starać się inspirować sukcesami innych. We wszystkim tym potrzebny nam jest dystans i świadomość tego, że nie musimy być identyczne jak ktokolwiek po drugiej stronie monitora. Da się, naprawdę się da szanować i siebie i innych.

Ja po porodach rok po roku doszłam do siebie po wielu miesiącach. Nie było łatwo, bo nie chodziło tylko o kondycję, ale przede wszystkim o powrót do świata, znajomości, zainteresowań. Na sporty przyszedł czas po ok 3 latach od urodzenia Pierworodnej. A tak na poważnie, czyli z ambicjami i jako taką regularnością zaczęłam mniej więcej rok temu. Dopiero teraz, po 5,5 roku od porodu mogę powiedzieć, że jestem w formie. Przez cały ten czas uczyłam się lubić siebie, czerpać przyjemność z macierzyństwa i czekać cierpliwie na możliwość wyjścia z domu. Żadnego narzekania, że ktoś tam zrobił to lepiej, szybciej, efektywniej. Teraz jestem na etapie lat świetlnych za Anną Lewandowską, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Kocham jeździć na rowerze, na rolkach, łyżwach, nartach i robić masę innych aktywności razem z moją rodziną i moją mięciutką oponką wokół brzucha, z którą zżyłam się tak mocno, że stała się pełnoprawnym członkiem rodziny i nie potrzebuję zawracać sobie głowy nieuzasadnionym poczuciem gorszości. Jeśli poczuję zryw, żeby ćwiczyć z Anią to po prostu pójdę i to zrobię. Póki co podziwiam ją za jej zapał i kibicuję każdej dziewczynie, która po konsekwentnych treningach osiągnęła swój cel: zgrabniejszą sylwetkę, mniej kilogramów, lepsze samopoczucie. Jestem świadoma swoich niedoskonałości i staram się iść do przodu, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli coś mi się nie uda to po pierwsze nie dramatyzuję, bo i tak jestem fajna, a po drugie moje nie udało mi się nie jest winą żadnej Lewandowskiej, Chodakowskiej czy innej Mel B, tylko tego, że żarłam czipsy zamiast jarmużu. A żarłam, bo lubię!

Czipsy lubię, jarmuż lubię, awokado, fryty, sałatki, żurki z boczkiem, leżenie, jeżdżenie, Anię Lewandowską i kota Garfielda też lubię. I siebie lubię. Bo lubienie generalnie jest lepsze od nielubienia i gorąco Wam polecam ten system!

P.S. Pudelków, Kozaczków, Pomponików czy innych tam zamulaczy mózgu można nie lubić, bo to tylko zaniża nam samoocenę.

P. P. S. Jeśli z jakiegoś powodu myślisz o sobie źle - rozwiąż ten test: JAKĄ JESTEŚ MATKĄ?


***
Miło mi Cię gościć, zapraszam jeszcze do napisania kilku słów komentarza po przeczytaniu tekstu :)

Bo widzisz takie pisanie bez komentarza jest trochę jak wejście do pokoju pełnego znajomych i opowiedzenie im swoich przemyśleń, historii, wątpliwości, przy których każdy kiwa głową, uśmiecha się albo marszczy brwi, ale ... nic nie mówi. Kiedy kończysz każdy odwraca się i wraca do swoich zajęć pozostawiając Twoje słowa bez odpowiedzi. Słabo trochę, nie?
A człowiek - zwierzę stadne z natury, pogadać lubi ;)

Odwiedź mnie na FB Agaffio - Fan Page


Na koniec zdjęcie gorszące, wpędzające w kompleksy i wywołujące presję :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.