Matko, daj sobie czas

Kiedyś, gdy Pierworodna nie wyobrażała sobie jeszcze, że może istnieć jako odrębny byt - ja nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek zdarzy mi się wyjść z domu samej. Jako odrębny byt.

Jeszcze bardziej kiedyś, gdy mojej córki nie było jeszcze na świecie (badania biograficzne wykazały, że takie czasy istniały naprawdę!), moje życie toczyło się przeważnie poza domem. Było mocno rozbudowane pod względem różnorodności zajęć, osób i miejsc. Uwielbiałam to.


Prawdopodobnie ten rozdźwięk pomiędzy 'kiedyś' a 'jeszcze bardziej kiedyś' spowodował, że baby blues po urodzeniu Amelii był tak dotkliwy - choć całkiem krótkotrwały.

Od tego czasu minęły lata świetlne. Baby blues poszedł w niepamięć (no, prawie), zażyłość między nami urosła (do nierozerwalności), aż w końcu nadszedł ten czas, kiedy niewidzialna pępowina zaczęła zanikać. Zaczęła natomiast rysować się autonomia sylwetek każdej z nas. Czy z nostalgią szlocham w poduszkę? Nie. Czy odczuwam podekscytowanie i długo wyczekiwaną ulgę? Też nie. Po prostu życie nabiera proporcji.

Relacja między nami przeszła w nowy etap. Wiele czasu spędzamy razem, potrzebujemy siebie, rozmawiamy, nawet staramy się rozumieć siebie nawzajem. Pierworodna ma dopiero 3 lata, a mimo to jest dojrzalsza. Nie w porównaniu do innych dzieci, ale w porównaniu do siebie sprzed ... mniej więcej pół roku. Jej dojrzałość polega m. in. na zaakceptowaniu obecności taty. Swego czasu miałam monopol na kontakty z córką. Wszelkie zabiegi higieniczne, żywieniowe czy rozrywkowe należały wyłącznie do mnie. Tak naprawdę to nie był monopol tylko czysty familijny terror. Żaden zdrowy podział ról w procesie wychowania nie miał szansy istnienia. Natomiast ostatnio Pierworodnej spodobały się propozycje zabaw taty, a nawet wyjścia i wyjazdy z nim. A kiedy pozwoliła mu się zdjąć z sedesu uznałam to za sukces godny owacji. Przy tym zaczęła też akceptować moją nieobecność. Dzięki temu mogę w końcu zrobić to, na co czekałam - wielki come back do świata.

Swoją drogą uważam, że zdrowa odskocznia od czterech ścian z dzieckiem należy się każdej mamie od samego początku. Nie ma nic lepszego dla relacji mama - dziecko niż przewietrzona głowa gotowa na starcie z codziennością. Ja cieszę się tym tak naprawdę dopiero od niedawna. Brakowało mi tego. Owszem zdarzało się dotychczas, że znalazłam czas na książkę, samotne wyjście na chwilę, a nawet jednodniowy wyjazd, ale każdy z tych zrywów musiał być precyzyjnie zaplanowany i przemyślany, nierzadko przy zaangażowaniu osób trzecich.

Czuję teraz swego rodzaju wolność. Nie wolność od dzieci i domu, tylko swobodę w planowaniu czasu. Co drugi dzień mogę wyjść na siłownię, a po skończeniu karnetu zaplanować kolejne coś dla siebie. Gdybym nie mieszkała w małym mieście, poszłabym w kursy, treningi i spotkania, ale póki co pozostaje mi zumba, basen z jego aqua rozrywkami i znów siłownia. I tak w kółko.

Spotkałam się z opiniami, że przy dziecku zmienia się wszystko łącznie z ambicjami i zainteresowaniami. Owszem zmieniają się priorytety, normy, wyostrzają się uczucia i zmysły, ale pewna cząstka kobiety pozostaje taka sama - są to cele, wyzwania i marzenia. Moje ambicje sięgają wyżej niż wieczny etat kury domowej. Wizja menel-mamy dożywotnio pławiącej się w domowym kurzu i obiadkach na JUŻ, która nie ma czasu na umycie włosów też mnie nie przekonuje. Zdecydowanie bardziej cenię sobie znajdowanie czasu na aktywność i fizyczną i intelektualną, na odświeżenie znajomości, starych pasji i odkrywanie nowych. Jako mama z ambicjami i osiągnięciami dam dzieciom znacznie więcej niż gdybym tkwiła w monotonii bez pomysłu na życie.

A co poza odstresowaniem zyskuję? Dziecięce rączki wyciągnięte w geście soczystego powitania i najszczersze pragnienie wyciśnięcia wspólnego wieczoru do ostatniej kropli.

Dlatego ty też matko pamiętaj:  znajdź wyjście - z domu i daj sobie czas - na siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.