wtorek, 19 kwietnia 2016

Krótka historia o tym jak spożytkowałam rywalizację między siostrami



Moje dziewczyny bywają aniołami pokoju, ambasadorkami siostrzanej miłości i stróżami wzajemnej życzliwości. Wymyślają wspólne zabawy, pomagają sobie, tłumaczą i przepraszają się. Ale jak się czasami ze sobą zetrą, jak hukną jedna na drugą to ino wióry lecą!



O co im chodzi? Raz o moją atencję, raz o bycie [naj]lepszą w jakiejś czynności, raz o posiadanie W TEJ CHWILI pożądanego przedmiotu. Jak to u rodzeństwa. I co wtedy? Bywa różnie: daję im czas na rozsądne załatwienie sprawy, ale kiedy rozsądek wyraźnie opuszcza ich głowy tylnym wyjściem - wkraczam ja. Nie od razu, nie nachalnie. Raz czekam aż wezwą mnie na pomoc, raz ingeruję, kiedy widzę, że sobie nie radzą, a raz dopiero kiedy dojdzie do rękoczynów. Często stoję z boku, patrzę i zadaję sobie pytanie: "gdzie popełniłam błąd?". Najczęściej go znajduję, wypowiadam wewnętrzne mea coulpa i po prostu staram się go więcej nie popełniać [z różnym skutkiem, ale zawsze z mocnym postanowieniem poprawy].

O rodzajach walk, wyborze maczet i lizaniu ran mogłabym stworzyć elaborat, więc wyhamuję, póki nie zdążyłam się rozpędzić. Dziś chcę opowiedzieć Wam jaki wynalazłam trik, żeby ten dryg siostrzanej rywalizacji jakoś pożytecznie wykorzystać:

DO SPRZĄTANIA


Wchodzę do pokoju M&M, a tam zabawki przeżywają czas apokalipsy. Mela rysuje, Mery leży pod łóżkiem i coś do siebie gada. Myślę sobie, że trzeba ratować to miejsce przed zagładą, choć Czterej Jeźdźcy już prawie dokonali dzieła. Tak czy inaczej wychodzę na front i głosem donośnym niczym Trąba Jerychońska oznajmiam:

- co za bałagan! Chyba tu posprzątam. Ale będzie pięknie! Ciekawe czy Marysia mi pomoże?

Nie czekając długo, dziarsko i z przesadną radością zabieram się do przywrócenia ładu sprzed Armagedonu. W tym momencie wywołana do tablicy Mery wypełza spod łóżka i ochoczo bieży ku spiętrzonym zabawkom.

- tak, pomogę ci - słyszę w odpowiedzi i już razem nurkujemy w wykopaliskach.

Tu Mela najwidoczniej poczuła wjazd na ambicję, bo oderwała się od zajęcia i zawołała:

- nie, ja pomogę mamie!
- nie, ja! - obruszyła się Mery
- niiieeee! - fuknęła Mela

To była kłótnia, której aż przyjemnie było posłuchać. Żeby nie było - skończyła się rychło, bo współpraca okazała się wyjątkowo atrakcyjna.


DO PORANNEGO UBIERANIA


Ten pomysł jest o tyle genialny, że wystarczy rzucić komendę "gotowi do startu start" i machina ubierająca dzieci sama wprowadza się w ruch. Tylko potrzebne są dwie osoby do asekuracji w razie zabijania się o własne rajtki.  Żodyn nie przepuści okazji do bycia najlepszym w ubieraniu, żodyn! Trzeba tylko tak zakombinować, żeby doprowadzić do remisu. W przeciwnym razie jedna ze stron może poczuć się nieusatysfakcjonowania i nie podjąć wyzwania po raz kolejny. Ale jeśli fajnie zaaranżuje się zabawę to można nawet uniknąć spóźnienia się do pracy!




Powiem Wam jeszcze, że oprócz oczywistych korzyści, powyższe pomysły mają jeszcze jeden fundamentalny plus: chronią nerwy od popsucia i wzmacniają poczucie bliskości na linii dziecko - rodzic. Sprowadzenie czynności koniecznych do dobrej zabawy jest bardzo pozytywnym motorem napędowym dla dzieci.

Stosujecie podobne metody? W jakich sytuacjach pozwalacie sobie na takie rozluźnienie nerwów i pokonanie problemu przez zabawę? A może chcecie się dowiedzieć jak sprawiłam, że dziewczyny z przyjemnością zaczęły kłaść się spać, dokonywać wieczornych czystości oraz wstawać rano? Czytajcie Jak umyć dziecko, uśpić, obudzić i nie zwariować.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się tekst? - skomentuj. Nie spodobał? - udostępnij.
Albo i na odwrót.